Resolver — z wyboru?

· 2 min czytania
Resolver z wyboru?

Na Kubie z niedoboru wyłoniło się pewne podejście: resolver.

Dosłownie znaczy „rozwiązać”. W praktyce znaczy coś więcej — załatwić, ogarnąć, dorwać, sklecić z tego, co akurat jest pod ręką. Zepsuł się alternator w Ładzie z 1983 roku? Ktoś w dzielnicy ma kuzyna, który wie, gdzie leży część od pralki, pasująca po drobnej przeróbce. To właśnie resolver.

Postawa człowieka, który nie czeka na idealne warunki, bo dobrze wie, że nie nadejdą.

Resolver z wyboru to zdrowy odruch — widzę lukę, mam mandat, zamykam temat. Resolver z przymusu to sygnał, że system dookoła przecieka, a ktoś załatał dziurę własnym ciałem.

Zastanawiam się, czy jest na to miejsce w codziennej pracy. Z jednej strony mantrą stało się: przychodź z rozwiązaniem, nie z problemem. Z drugiej — resolver zrodził się z braku i z prostej świadomości, że albo ogarniesz to sam, albo nie ogarnie tego nikt.

Żeby zadziałał, muszą spotkać się cztery rzeczy: potrzeba, pilność, odpowiedzialność i autonomia. Pierwsze trzy zwykle dostajemy w pakiecie. Z tą czwartą bywa różnie.

I chyba tu leży cała różnica. Resolver z wyboru to zdrowy odruch — widzę lukę, mam mandat, zamykam temat. Resolver z przymusu to sygnał, że system dookoła przecieka, a ktoś załatał dziurę własnym ciałem. Wygląda tak samo. Kosztuje zupełnie inaczej.

Zanim pochwalisz zespół za ogarnięcie, warto sprawdzić, z którym masz do czynienia.


💬 Dołącz do dyskusji na LinkedInKomentuj i podziel się swoją opinią

Updated: